Zimowy obóz kulturalno - naukowy Poronin 2012

 

    Byliśmy na obozie w Poroninie. Dzięki kuchni Pani Halinki jesteśmy dwa razy ciężsi, i nie przeszkodziło w tym czynne uprawianie sportu. Zaczęło się od ogólnego dopasowywania uczestników do sprzętu narciarskiego. Dopasowano nas na początku do butów, potem do kasków a na końcu do nart. Tak wyposażeni ruszyliśmy z Myślenic do Zakopanego, a mróz był sroooogi. W „Limbie” czekało nas WIELKIE JEDZENIE. 

    Po rozpakowaniu pojechaliśmy aklimatyzować się na Wielkiej Krokwi. Dzięki rękawiczkom naszych wychowawców nasze dłonie nie umarzły, gorzej było z panem Rafałem, któremu Paweł prawie przymarzł do ręki. Niedzielę rozpoczęliśmy od wyprawy do Bachledówki, gdzie wzięliśmy udział we Mszy Świętej i podziwialiśmy najpiękniejszą panoramę Tatr. Pan Wiesiek (nasz kierowca) precyzyjnie pokonywał wszelkie drogowo-zimowe pułapki, w tym uliczne lodowisko wylane przez strażaków.

    A po obiadku zaczęło się… pod okiem pana Edwarda, pana Rafała i pana Szymona zaczęliśmy uczyć się jeździć na nartach, no… może jeździć to przesada. Na początku panowie i pani Mariola musieli zapiąć 35 par butów narciarskich, bo zapinanie butów nie jest prostą sprawą, to tak na wypadek gdyby ktoś nie wiedział. Dalej Pan Szymon zarządził rozgrzewkę, gorąco to nam było z wrażenia ale nie dał się przekonać tylko kazał dreptać, wyginać kolana, truchtać, kręcić rękami, głowami, palcami… i tak było codziennie, ani razu nie odpuścił. Później były próby ustania na nartach, w miarę w pionowej pozycji, następnie próby podejścia pod górkę a potem… potem to już „śmigaliśmy” a może „odśnieżaliśmy”(?). W końcu to był pług. 

    Hitem obozu była karnawałowa piosenka Michaela Teló “Ai Se Eu Te Pego” czyli dla nas „Nosa, nosa” - przeznaczenie czy co? Bo nasze pierwsze narciarskie kroki postawiliśmy pod Nosalem. Piosenkę śpiewaliśmy w autobusie w czasie każdego powrotu ze stoku. Nie wiadomo tylko dlaczego Ci najmłodsi (Ci od pana Szymona) śmigali, że hej. Oczkiem w głowie Pana Szymona (innego, tego, który wsadzał nas na orczyk) był Kubuś Torpeda – jeden z naszych najmłodszych obozowiczów. Jak policzyły dziewczyny Szymonów na zimowisku mieliśmy 5+1 (4 naszych Szymków, Pana Szymona - instruktora i Pana Szymona na wyciągu). Jeździliśmy, jeździliśmy, jeździliśmy i tak jeździlibyśmy gdyby od czasu do czasu Pan Edward nie ściągał nas z górki na herbatkę. Herbatkę z zapiekanką, albo z frytkami, albo z pączkiem w Tłusty Czwartek, albo na pizzę. Wśród atrakcji jakie zorganizowali nam wychowawcy były też m.in.: wyjazd kolejką na Gubałówkę, kulig z pochodniami, wyjazd na lodowisko (gdzie też zmusili nas do założenia kasków), gry sportowe i świetlicowe, bilard, piłkarzyki, spotkanie z ratownikiem, opowieści o GOPRze i TOPRze (od ratownika z GOPRu dostaliśmy na pamiątkę kalendarz i zapamiętaliśmy najważniejsze rzeczy dotyczące bezpieczeństwa w górach), szwedzki stół i mnóstwo innych wydarzeń. W zamian za to my dostarczaliśmy im innych atrakcji, np. „granat” w garderobie ośmiolatków, pokój „inwalidek” (każda z czterech dziewczyn z „12” zrobiła sobie coś w rękę, „yhy,yhy” i syropki na gardziołka, które niezmordowanie podawała Pani Maria, nasza pielęgniarka, kask włożony tył do przodu, śledź na polarze albo zupa na spodniach, wielokrotne powroty z autobusu po rękawiczki, szaliki, rękawiczki, czapki, rękawiczki, rękawiczki, rękawiczki…

Na koniec: prawie każdy z nas jeździ na nartach, nawet Pani Dyrektor. Odkryliśmy głęboko drzemiące w nas talenty narciarskie, dobrze byłoby je teraz pomnożyć. Mamy nadzieję, że to nie był nasz ostatni wyjazd na narty, pomimo, ze w drodze powrotnej musieliśmy zwrócic cały nasz sprzęt do wypożyczalni. Chcemy na narty jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz.

Panie Szymonie – dziękujemy.



wejdź do galerii